ŻYCIE JEST SZALONĄ RZEKĄ Z WARTKIM NURTEM

W kolejnym odcinku naszych wywiadów z absolwentami szkoły spotkanie z Krystianem Kukułką, studentem i początkującym aktorem. Rozmawia pan Piotr Stefaniak, który był wychowawcą Krystiana w liceum.

 

Piotr Stefaniak: Krystianie, będąc studentem PWST we Wrocławiu, już jesteś twarzą rozpoznawalną w mediach. Ostatnio często można widzieć Cię w serialu „Barwy szczęścia”, gdzie grasz postać ekstrawertycznego rapera Erniego oraz w TVP2 w „Pytaniu na śniadanie”. W naszym Liceum praktycznie nie było imprezy, żebyś nie brał w niej udziału. Proszę powiedz, skąd wzięła się u Ciebie odwaga, brak lęku w występowaniu przed publicznością. Kto lub co miało na to wpływ ? Czy już jako dziecko byłeś „scenicznym” chłopcem?  

 

Krystian Kukułka: Publiczność, scena i związane z nimi lęki, obawy, trema obecnie są nieodzownym doświadczeniem. Dotyczy to zarówno profesjonalistów, jak i amatorów. Pytanie zasadnicze: „Czym dla nas są owe lęki, obawy?” Chodzi tu dokładnie o fakt czy są one paraliżem, czy bodźcem do działania, motywatorem… Jednym słowem. Wszystkie te emocje „sceniczne” mogą oddziaływać na nas pozytywnie, bądź negatywnie i to właśnie od tego zależy sukces wystąpienia, przemówienia, roli… lub ich klęska. Jeśli chodzi stricte o aktorstwo, to 4 lata studiów nauczyły mnie kreować postać sceniczną. Na scenie jestem tylko jako Postać – Ja i mój partner… publiczności nie ma. To dość radykalne stwierdzenie, ale to prawda. Publiczność nie istnieje. Dlaczego? W momencie, kiedy wchodzę na scenę, Krystian Kukułka zostaje w garderobie i pokornie czeka na koniec spektaklu… (śmiech). Na scenie żyję jako postać. A postać nie ma świadomości obecności widza. Dla niej to nie spektakl, a realne życie… jej życie. Jeśli chodzi o bycie konferansjerem, to założenia są już zupełnie inne. Tutaj mam świadomość publiczności, a ja to ja. Tutaj trema również jest obecna. Radzić można sobie z nią jedynie poprzez praktykę, doświadczenie. Mnie osobiście „pierwsze nerwy” związane z wystąpieniami mobilizują, dodają energii. Paradoksalnie znikają wraz z pierwszym: „Witam państwa”. I tak od najmłodszych już lat, jako mały chłopiec… (śmiech). 

 

P.S.: Lubinianie pamiętają Cię chociażby jako spikera lokalnej telewizji, ale czy mógłbyś podzielić się z nami informacją, jakie były inne Twoje doświadczenia z widownią/widzami zanim zdałeś do szkoły aktorskiej?   

 

K.K.: Z miłą chęcią. Wielką rolę w zdobywaniu zawodowych szlifów odegrało moje Liceum Salezjańskie. Od pierwszego roku prowadziłem różne szkole imprezy. To bardzo dobre i solidne przygotowanie. Po szkole była telewizja regionalna. Można rzec: Rankiem – uczeń, Popołudniem – prezenter TV. Zdarzało się, że z książkami pod pachą biegłem prowadzić wydanie wiadomości. Prócz serwisu informacyjnego, miałem swój program „Gość Dnia” oraz program „Cafe Muza” już na zlecenie Centrum Kultury Muza. Pracy było naprawdę sporo, a dzień miał z reguły za mało godzin. Dzisiaj wracam do tych czasów z ogromnym sentymentem. Cały mój okres życia i nauki w Lubinie traktuję jako bezcenne doświadczenie i fundament mojej, obecnej profesji. Jestem wdzięczny mojemu Liceum Salezjańskiemu, a także, choć raczej przede wszystkim – Bogu – za wielką szansę. Za to, że miałem możliwość spotkania tak życzliwych ludzi, w tak młodym wieku. To wielki dar. Tak więc, mimo wielu porażek, wychodziłem z nich zwycięsko, ponieważ doświadczyłem ogromnego wsparcia i ludzkiej dobroci. 

 

P.S.: Co tak naprawdę skłoniło Cię do podjęcia decyzji o wyborze drogi aktorskiej i w którym momencie życia zdecydowałeś się na to? 

 

K.K.: Aktorstwem zajmuję się odkąd pamiętam, czyli dokładnie od… przedszkola (śmiech). Moim debiutem scenicznym był „Król Maciuś” w szkole podstawowej. Po tym przedstawieniu zapisałem się do koła teatralnego w swojej szkole, gdzie byłem najmłodszy. Pamiętam, że nic nie sprawiało mi takiej przyjemności i satysfakcji. Wystawialiśmy wtedy sztukę „Nowe szaty króla”. Następnie byłem członkiem koła teatralnego, ale już jako uczeń Gimnazjum Salezjańskiego. Decyzja o zdawaniu egzaminów wstępnych do szkoły teatralnej pojawiła się w pierwszej klasie liceum. Zapisałem się na zajęcia teatralne do Pani Bożeny Król,  gdzie robiliśmy sztukę „Rewizor”, z którą postanowiliśmy wystąpić w konkursie teatralnym „Melpomena”. Nasz spektakl i szkoła zarazem zajęły, nie jestem pewien… drugie lub trzecie miejsce. Na tym konkursie, jako jedyny, otrzymałem nagrodę indywidualną i wtedy utwierdziłem się w przekonaniu, że aktorstwo to moja droga i życiowa… i zawodowa. Następnie, przekonany o słuszności swojego wyboru, walczyłem o uczestnictwo w indywidualnych zajęciach w Teatrze Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. To w dużej mierze dzięki nim podczas egzaminów do PWST odniosłem sukces. 

 

P.S.: A teraz z „innej beczki”. Jakie wartości najbardziej cenisz u ludzi, a co najbardziej Cię w nich drażni? 

 

K.K.: Imponują mi ludzie pracowici, ludzie, którzy wiedzą czego oczekują od życia. Ludzie życiowo „określeni” i zdeterminowani, by realizować najśmielsze plany. W kwestii sprostowania – nie mówię tu o ślepej pogoni za celem, „o trupach”, ale o ciężkiej pracy, wierze we własne siły i możliwości. Czego nie lubię? Przyznam, że jestem wyczulony w tej kwestii. Wyrachowanie, interesowność, hipokryzja, perfidia… można by mnożyć określeń, wszystkie jednak mają wspólny mianownik, niestety pejoratywny. Irytują mnie ludzie, którzy potrafią oceniać, krytykować, osądzać – co ważne – pochopnie. Zwyczajna ludzka zazdrość „wyposażona” w życiową niemoc i brak działania, lenistwo. To najgorsze połączenie, któremu mówię stanowcze: NIE. Dzisiaj jestem dopiero na początku swojej drogi życiowej, zawodowej. Czy odniosę sukces? Nie wiem. Jednak nie jest to żadnym argumentem, by w życiu kierować się zazdrością czy innymi podobnymi pobudkami. Być może za rok, dwa, pięć lat przyjadę do Lubina i stwierdzę, że ani aktorstwo, ani świat mediów nie jest „moim światem”. Jednak będę żył dalej z jedną bardzo ważną myślą: „Próbowałem, walczyłem i realizowałem swoje marzenia”. To ważne. Najważniejsze. 

 

P.S.: Na jednym ze spotkań w „Telewizji śniadaniowej” zaimponowało mi, że odważnie mówiłeś o wartościach katolickich. Czy mógłbyś rozwinąć tę myśl? 

 

K.K.: Wywiad ten był bardzo ważny dla mnie. Miał też wpływ na wszystkie aspekty mojej osoby – również zawodowe. Otrzymałem od ludzi wiele wiadomości dotyczące tego wystąpienia. Wychodzę z założenia, że w życiu nie dzieje się nic bez przyczyny. Wszystko ma zaczątek w Bogu, a nasze życie jest Jego planem wobec nas. Życiowe porażki, potknięcia i błędy stają się nauką, lekcją, doświadczeniem. Z perspektywy czasu, często okazuje się, że były potrzebne, że zwyczajnie zaistniały „po coś”. Również dla mnie. Od dziecka wychowywano mnie w duchu wiary, w Bogu, dlatego naturalnym ruchem były szkoły salezjanów. Myślę, że w dzisiejszym świecie, wartości, których mnie nauczono w domu i w szkole, pomagają mi odróżniać dobro od zła. Pomagają mi być godnym człowiekiem i chrześcijaninem. Duże miasto niesie ze sobą jednocześnie wiele możliwości, ale i wiele pokus. Jednak to życiowe zasady oparte właśnie o wiarę w Boga pozwalają mi wybierać dobrze, wybierać rozsądnie. Osobisty kontakt z Bogiem jest niezbędny, by nie doświadczyć egzystencjalnego wstydu. 

 

P.S.: Trudno żebym nie zapytał jak wspominasz pobyt w naszym Salezjańskim LO?

 

K.K.: Może wyda się to stereotypowe…?, ale był to jeden z moich najcudowniejszych okresów w życiu. Nie jest wielką tajemnicą, że nie należałem do grona prymusów. Większy ze mnie humanista, aniżeli umysł ścisły. Matematyka, fizyka, chemia zawsze były dla mnie czarną magią. Poliglota również ze mnie żaden – nauka obcych języków była moją piętą achillesową. Na zajęciach ruchowych raczej… podawałem piłki. Szybko wnioskując, można by stwierdzić, że okres nauki w liceum był dla mnie istną apokalipsą… (śmiech). Jednak nie. Jak to w życiu bywa, tak i w szkole, jedni profesorzy spoglądali na mnie z uśmiechem, inni ze zdumieniem, niedowierzaniem, bynajmniej nie pozytywnym. Wszystkich jednak wspominam ciepło i szanuję, a z perspektywy czasu…? Podziwiam Ich za upór, nerwy i oddanie swej profesji. Jestem wdzięczny Bogu za te trzy lata i za ludzi, z którymi pracowałem w tamtym czasie. Szczególnie bliskie są mi osoby w postaci księdza dyrektora Dariusza Kułana, który przyjął mnie do szkoły i przydzielił do najlepszej klasy. Jest to człowiek – ikona. Budził respekt i szacunek. Był oddany wychowywaniu młodzieży, szkole, życiu społecznemu. Uważam że miałem z nim dobry kontakt. Z ogromnym sentymentem, a wręcz z miłością, wspominam Panią profesor Elę Michalak, która przyjęła mnie do swojego Wolontariatu, a swoją energią, temperamentem i miłością do drugiego człowieka zarażała wszystkich. Można powiedzieć niekolokwialnie: „Wielki dydaktyk, wspaniała Kobieta i Człowiek”. Życzę każdemu, aby spotkał na swojej drodze tak wyjątkową osobę. Nikt, tak jak Ona, nie stała za moją osobą. Jeżeli oddałem się tak sentymentalnemu wspominaniu czasów licealnych… oczywiście nie mogę zapomnieć o moim „drugim ojcu” czyli moim wychowawcy Profesorze Piotrze Stefaniaku. Faktycznie był dla mnie jak ojciec. Z nikim nie miałem tak wspaniałego kontaktu. Po dzień dzisiejszy wspominam nasze rozmowy po zajęciach, jego rady, uwagi, nauki, które dawały mi wiele do myślenia. Nie skłamię mówiąc: „zmieniały mnie jako człowieka”. Jest to osoba naprawdę mi bliska. Życie jest szaloną rzeką z wartkim nurtem. Płynie nieubłaganie. Nie zwalnia. Już od kilku lat nie jestem uczniem i mimo, że nie spotykamy się już w gmachu szkoły, mamy ze sobą kontakt po dzień dzisiejszy. Z wielką radością w sercu życzę sobie, by tak pozostało. Życzę wszystkim aby trafili pod Jego skrzydła. Z uśmiecham na twarzy wspominam: Brata Karola Kliszcza, Panią Annę Putyrę, Panią Iwonę Gołowejno, Panie z sekretariatu i Panie porządkowe. Chętnie bym wrócił do tych czasów. Są to ludzie, którzy niesłychanie pomogli mi w życiu. Jednocześnie mam poczucie wielkiej wdzięczności, jak i ogromnego zobowiązania wobec Nich, które spłacić mogę jedynie wzorową postawą jako ich wychowanek. 

 


P.S.:
 I sztandarowe pytanie na koniec naszej rozmowy. Jakie są Twoje plany i marzenia aktorskie? 

 

K.K.: Oj… chyba czasu nie wystarczy by je z grubsza wymienić. Planów jest naprawdę dużo, a marzeń jeszcze więcej. Życie pisze własne scenariusze, jestem jednak pełen cichej nadziei, że w porozumieniu ze mną… (śmiech). Wypełniają mnie optymizm i wiara, rzecz jasna okraszone ciężką pracą, samorozwojem, ambicją, determinacją… i pokorą, której uczę się każdego dnia. 

 

P.S.: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę Ci, Krystianie, wszelkich sukcesów w pracy scenicznej. Pamiętaj również, że
nasi uczniowie i nauczyciele zawsze Ci kibicują. 

 

K.K.: Bardzo dziękuję za tę sentymentalną podróż. Takie chwile, jak ta, są dla mnie bezcenne. Stają się źródłem życiowej energii, radości. Ja oczywiście pozdrawiam całą szkołę: wszystkich pedagogów, pracowników, uczniów… a pierwszoroczniakom… a co tam… powiem. A pierwszoroczniakom… szczerze zazdroszczę. Dziękuję raz jeszcze.

 

 

 

 

Posted Under